Slide1 backgroundSlide1 background
Slide1 backgroundSlide1 background
Slide1 backgroundSlide1 background
Slide1 backgroundSlide1 background
Slide1 backgroundSlide1 background
Slide1 backgroundSlide1 background
Slide1 backgroundSlide1 background
Slide1 backgroundSlide1 background
Slide1 backgroundSlide1 background

Sztuczne muszki Stanisława Morawskiego 1849

SZTUCZNE MUSZKI STANISŁAWA MORAWSKIEGO Z 1849 R.

 

Stanisław Morawski (1802–1853) był lekarzem. W latach 1829-1835 praktykował w St. Petersburgu, a później przeniósł się na stałe do wsi Ustronie koło Trok (obecnie na Litwie). W liście z 27 października 1849 do bliskiej znajomej Heleny Szymanowskiej-Malewskiej w St. Petersburgu, czytamy m.in. następującą prośbę: „Jestem wielki amator łowienia ryb wędą (udit rybu czto nazywajetsia), albo łowić à la ligne. Do tego używają się kruczki, na które nasadza się mucha albo robak. Robaki są obrzydliwe, muchy natomiast złażą. Zawsze mi przychodziło na myśl, jak to nie wymyślą kruczków sztucznych udających robaka czy muchę, na oszukanie biednej ryby! Ani w Wilnie, ani w Kownie, ani nawet w Rydze nie dostałem tego i byłem już wyperswadowany. Aż oto w preiskurancie Liubawina, mieszkającego na Newskim w domu katolickiego kościoła, zajmującego się agencją i komisami, znajduję tytuł: Rybołownyj pribor. Są tam kriuczki s muszkami za tuzin 1¾. Są tam kriuczki s fiłkami po 1 as. za tuzin; i same fiłki po 60 kop. za tuzin s peresyłkoju. Co to są te fiłki nie wiem.

Zapewne udane robaczki. Jeśli tedy są i kruczki z udanymi muchami i robakami, i same robaczki sztuczne do nakładania, zrobiliście mi wielką a wielką łaskę, gdybyście mnie to kupili i z mydelniczkami i garnuszkami, które mi Pani obiecałaś, przysłali. Włos do łowienia ryby robią u nas pewno lepiej jak tam. Ale żeby samo wędowisko składane, czyli wyciągające się, to jest drzewce dostatecznej długości, można było dostać za 2½ rubla, jak on pisze w preiskurancie, nie żałowałbym i tego. Już to mąż Pani na siebie wziąć musi, bo Pani z gorącości i prędkości czasem w tej rzeczy skrewisz, ile że zapewne nie widziałaś nawet, jak się ryby wędą łowią. Kruczków dwóch gatunków byłoby mi dosyć po tuzinie. Notabene, jeśli te fiłki są robakami albo zdać się mogą do łowienia na niewielkiej rzece. Oprócz tego kruczki powinny być jak najmniejsze, bo u mnie tylko malutka rybka łowić się tym sposobem daje. Na duży kruczek nie poszłaby, i sprawunek byłby straconym. Wielkość tych, na jakie ja tu łowię, jest albo o bardzo mało większe. Cena oznaczona u Liubawina jest już razem z przesyłką pocztą. Więc tak biorąc będą tańsze, a to wetknąć można w każdą inną posyłkę. Bardzo by mi Franciszek dogodził tym sprawunkiem, bo u nas jeszcze jest z półtora miesiąca czasu, nim rzeki zamarzną”. W kolejnym liście z 19 listopada Morawski zniecierpliwiony brakiem sprzętu, napisał: „naucz mnie Pani, co by się stało z moją mydelniczką1 i kruczkami na rybę, których oczekuję z Petersburga?”. Przesyłka zapewne wkrótce dotarła, gdyż w kolejnym liście z 16 grudnia napisał: „wędę odebrałem i za nią dzięki”. Można się domyślać, że były w niej również sztuczne przynęty. Ten list, nieznany badaczom naszego dawnego wędkarstwa, jest jednym z najbardziej wartościowych dokumentów do poznania historii wędkarstwa – nie tylko w Polsce, ale i w ogóle w regionie Morza Bałtyckiego. Zawiera ogromne bogactwo informacji mimo, że jest krótki. Informacje w liście dotyczą dwóch zagadnień – połowu na sztuczną muszkę oraz w ogóle wędkarstwa. Tutaj zajmę się tylko informacjami mającymi ścisły związek z wędkarstwem muchowym.

Z listu wynika, że Morawski był zapalonym wędkarzem łowiącym głównie w niewielkiej rzece. Rozmiar haczyka przedstawionego w liście odpowiada dzisiejszemu #6, na który najczęściej łowi się ryby w granicach 15-40 cm (w zależności od gatunku). Skoro Morawski uznał, że łowione przez niego ryby były niewielkie, więc należy zakładać, że były to gatunki o dużej paszczy, skoro mogły połknąć tak duży haczyk, w dodatku „mięsożerne”. Wchodzą więc w rachubę głównie okonie, pstrągi i klenie. Morawski łowił aż do skucia rzeki przez lód. Późną jesienią można złowić jeszcze okonie, a trudniej natomiast o pstrągi (tarła) i klenie (mniej aktywne). Przynęta była naturalna – robak (zapewne dżdżownica) lub mucha (trudno ocenić o jakiego owada tu chodzi). Brzydził się jednak tymi przynętami. Z listu wynika, że sam wpadł na pomysł sztucznej przynęty. Nie znał bowiem ani istniejącej ówczesnej nazwy polskiej lub rosyjskiej. Nie można wykluczyć, że mógł o takiej przynęcie czytać np. w literaturze francuskiej, o czym mógłby świadczyć zwrot „à la ligne” (Morawski dobrze znał francuski). W takim przypadku zastanawia jednak brak użycia słowa muszka (franc. „mouche”), z którym Morawski powinien był się zetknąć. Kolejną ważną informacją jest brak sztucznych przynęt w sklepach w Wilnie, Kownie i Rydze. To zaś potwierdzałoby nieznajomość sztucznej muszki w tamtych okolicach, a może nawet w ogóle na znacznie większym terytorium, gdyż z pewnością kupcy w tych miastach wiedzieliby o tym, że są gdzieś dostępne. Słowo „wyperswadowany” dobitnie wskazuje, że nikt nie znał takich przynęt. Sztuczne muszki natomiast były dostępne w St. Petersburgu! Skąd one tam się wzięły? Temat wykracza poza ramy niniejszego artykułu. Wspomnę jednak, że moje dotychczasowe analizy raczej wskazują, że wędkarstwo muchowe zostało przeniesione do St. Petersburga przez Anglików. W St. Petersburgu w XVIII i XIX w. bowiem była liczna grupa kupców brytyjskich, którzy oczywiście w wolnych chwilach spędzali czas nad wodą. W pierwszej połowie XIX w. 1 Połączenie mydelniczki z łowieniem ryb, choć ma specyficzny wędkarski kontekst, jest zapewne zupełnie przypadkowe.
-5- Finlandii w m. Imatra zbudowali nawet schronisko wędkarskie, gdzie często spędzali czas. Wpływy Anglików są jeszcze lepiej udokumentowane jeżeli chodzi o Norwegię, i północną część Szwecji i Finlandii. Wspomnę jeszcze, że nie stwierdziłem słowa „fiłka” w dawnych słownikach języka rosyjskiego. Nie pojawia się ono również w opracowaniu Сабанеевa, najważniejszej pracy rosyjskiej nt. wędkarstwa. Jurek Komar natomiast jako filolog zwrócił mi uwagę, że być może chodzi tu o zruszczone »filè« czyli nić (z francuska), lametę, lub »filet« przewiązkę. W języku rosyjskim „l” obcojęzyczne często przechodzi w „ł” (por. fiłozof, Łondon itp.). Jest mało prawdopodobne by to słowo pojawiło się w starorosyjskich słownikach, bo zapewne jest „slangiem” wędkarskim”, a może tylko spolszczeniem autora listu. To stwierdzenie Jurka pozwoliło mi rozwikłać problem „fiłki”. Otóż dawniej na ogół robiono muszki na haczyku z przyponem i takie były w sprzedaży. Fiłka zapewne była tym przyponem, a w sprzedaży w St. Petersburgu były sztuczne muszki.

Literatura cytowana: Morawski S. 1981. Z wiejskiej samotni. Listy do Heleny i Franciszka Malewskich. Opr. Z. Sudolski. Warszawa. Сабанеев А.П. 1960 (I wyd. 1875). Жизнь и ловля пресноводных рыб. Киев.

Pstrąg&Lipień nr.24

PL24 (pdf, 186.23 kb)